24 mar 2016

The letter friends

Mamy XXI wiek. Wszędzie smartfony, tablety, komputery. Najłatwiejszy sposób komunikacji to ten kiedy możemy wystukać słowa na klawiaturze, nacisnąć "wyślij" i zaraz dana wiadomość znajdzie się u odbiorcy. Łatwe i szybkie. Podejrzewam, że osoby z młodszych roczników, znają tylko taki sposób rozmawiania z drugą osobą, jeśli nie jest to tradycyjna rozmowa "face to face".
Nawet nie wiem już od ilu lat takie rozmowy stały się tak popularne. Pamiętam czasy ceglanej nokii, epulsa, później naszej klasy i w końcu facebooka. Po za tym był skype (w sumie dalej jest) oraz gadu gadu. Aktualnie już nawet smsy nie są tak powszechną drogą komunikacji. Wszystko przejął internet. Ale czy na pewno?
Z pewnością nie jeden z Was słuchając opowieści babci, dziadka, ciotki i innych członków rodziny, o dawnych sposobach jak prowadziło się rozmowy na odległość, usłyszał słowo "telefon" bądź "list". I właśnie o tym drugim będzie dzisiejszy post. Wiem, że jest to bardzo "prehistoryczny" sposób na utrzymywanie znajomości, ale może jednak Was nieco zachęcę.
Kiedy byłam małym dzieckiem, uwielbiałam bawić się w pocztę. Zawsze fascynowało mnie to sortowanie listów, wysyłanie ich, przekazywanie odbiorcom. Później miałam okresy w życiu kiedy przez głowę przechodziła mi myśl "fajnie byłoby móc z kimś pisać listy". W gazecie "Mój przyjaciel pies", kiedyś na tylnej okładce były krótkie wiadomości od osób, które chciały korespondować z innymi. Napisałam wtedy, to chyba był mój pierwszy list. Niestety odpowiedzi nie dostałam do dzisiaj, a było to już naprawdę lata temu. Później pisałam coś a'la listy z jedną osobą przez krótki czas (chwilowy brak innych sposób komunikacji) i pamiętam jak mi się to podobało. Jeszcze kilka razy miałam możliwość napisania listów, ale odpowiedzi nie dostawałam. 
Jakiś czas temu natknęłam się na e-mails friends, o czym już pisałam posta (jak ktoś jest ciekawy to KLIK ). 
No i w końcu jakoś w połowie lutego bieżącego roku, dzięki kumplowi znalazłam dwie grupy na facebook'u (pierwsza grupa i druga grupa). Tak też zaczęła się moja, jeszcze niezbyt długa przygoda z pisaniem listów. Co było dla mnie zaskoczeniem, jest tam na prawdę masa chętnych ludzi do korespondowania. W różnym wieku, z Polski i z zagranicy (Polacy mieszkający za granicą, ale można pisać nie tylko po polsku). Przyznam iż trochę zaszalałam i do dzisiaj wypisuję nowe listy, starając się napisać do każdej osoby, której obiecałam go wysłać. 

Czemu akurat listy? 
Przecież jest tyle prostszych i szybszych sposób komunikowania się z innymi ludźmi. 
Ale żaden nie jest tak tradycyjny jak pisanie listów. Dla mnie jest to coś świetnego, niesamowitego. Kiedy otwieram skrzynkę i wyjmuję kopertę, w której ktoś zawarł część siebie. Czasami po za listem są jakieś drobiazgi, typu rysunek, wyklejanka, pocztówka, z tego co wiem ludzie wysyłają sobie też np torebki ulubionej herbaty, wysuszone kwiaty, itd. Uwielbiam dostawać listy, odpisywać na nie i ogólnie zbierać je. 
Miło też kiedy ktoś poświęca swoją wolną chwilę i wiemy, że list skierowany jest konkretnie do nas. Nie jest to żadne kopiuj wklej, jak wiadomości na komputerze czy telefonie. Pisząc ręcznie, chociażby słowa były do siebie podobne, pisane są wyłącznie dla nas. Mam nadzieję, że mniej więcej rozumiecie o co mi chodzi. 
I my sami pisząc, dajemy coś od siebie drugiej osobie.
Osobiście uwielbiam się rozpisywać i to strasznie miłe uczucie kiedy druga osoba docenia długą lekturę i jej się podoba (czasami o dziwo, haha), no i odwdzięcza się tym samym. Jest to lepsze niż wklepywanie na czacie pojedynczych linijek w okienko czatu (mimo, że ten sposób komunikacji też całkiem lubię). 

Wiem, że w tych czasach wszyscy żyją w ciągłym biegu, elektronika wygrywa. Ale czasami może jednak fajnie tak spróbować tradycyjnej drogi komunikacji? W końcu jeśli ludzie przez tyle lat pisali do siebie listy, to może na prawdę coś w tym jest? 

1 mar 2016

Zieleniec

Hej!

Trochę się tutaj nie odzywałam. Najpierw zamieszanie z poprawkami a później wyjazd. I o nim będzie ten post. W sobotę wróciłam z tygodniowego pobytu w Zieleńcu. Myślę, że każdy kto zimę spędza aktywnie jeżdżąc na nartach czy snowboardzie, zna to miejsce. Jest dosyć popularne. Sama jeżdżę na nartach od mniej więcej 10 lat jakoś. Jednak miałam dwuletnią przerwę, ferie zarówno w klasie maturalnej jak i na pierwszym roku studiów spędziłam w domu. Wydawało mi się wtedy, że fakt może i bym pozjeżdżała ze stoków ale jakoś strasznego parcia na to nie mam. Właśnie, wydawało. Kiedy wróciłam do Trójmiasta i weszłam do swojego pokoju zrobiło mi się smutno, że już tutaj wróciłam.
Miejsce super (jak się okazało po tych stokach jeździłam na obozie 3 lata temu, także dawne rejony), ekipa też. W momencie kiedy włożyłam na nogi narty i zjechałam kawałek w dół, poczułam jak za tym tęskniłam. Mam nadzieję, że za rok tez uda mi się gdzieś wyskoczyć, ale dla odmiany w planach mam spróbować snowboardu. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Tymczasem zapraszam Was na relacje zdjęciową :)


Mimo, że drugi koniec polski, to na drogę na prawdę nie było co narzekać. Zajęła ona nam jakoś 6-7 godzin (wyjechaliśmy około 9.30 a na miejscu byliśmy około 16) , kiedy jadąc do Białki Tatrzańskiej wstawialiśmy o świcie a na miejscu byliśmy późnym popołudniem, także duży plus.








Jeśli chodzi o hotel czyli "Absolwent", bardzo polecam. Całkiem spoko standard, miła obsługa, fajny wystrój wnętrza, dobre jedzenie (na śniadanie szwedzki stół, a na obiad codziennie po dwa dania zarówno jeśli chodzi o zupy jak i drugie dania), narciarnia i wypożyczalnia nart w środku, bardzo blisko do jednego z głównych wyciągów (wystarczyło podejść kawałeczek pod górę i przejść na drugą stronę).


Jak widać sporo mnie było na snapchacie, haha
Zdecydowanie było co pokazywać.



Pierwszy raz piłam grzane wino i całkiem niezłe muszę przyznać, haha







Moja siostra taka artystka!


Mały prezent na imieniny, które miałam 22 lutego. Pianki w kształcie smerfów znalazła mi mama, ale większość zjadła mi moja siostra :(













































Jeśli chodzi o warunki pogodowe to następnego dnia od kiedy przyjechaliśmy, padał deszcz i zapowiadało się nieciekawie. Jak się okazało, był to tylko jeden dzień, później świeciło słonko, sypał śnieg i już na warunki naprawdę nie można było narzekać.

Do napisania :)